Od dobrych kilku lat, bezrobocie systematycznie spada. To dobra wiadomość dla wszystkich pracowników – bez znaczenia czy poszukujących pracę, czy też nie. Wszak, im większe zapotrzebowanie na pracę, tym lepsza płaca. Prosta zasada rynkowa.

To, co kiedyś wydawało się niemożliwe – dziś jest codziennością. To pracodawca musi walczyć o pracownika. Oczywiście, dotyczy to głównie zawodów wyspecjalizowanych. Kasjer, magazynier czy pracownik fizyczny – nie może liczyć na zbyt duży wzrost wartości pensji. Wszak, ze wschodu napływa spora fala imigrantów. Szacuje się, że w Polsce pracuje nawet półtora miliona Ukraińców.

Nie taki Ukrainiec zły, jak go malują!
Wydawać by się mogło, że pracownicy z Ukrainy niejako niszczą rynek. Wszak, napływ taniej siły roboczej to konkurencja, która nierzadko winduje płace ku dołowi. Nie powinniśmy się jednak tym przejmować! Wszak, pracownicy z Ukrainy wykorzystywani są tylko w przypadku prostych prac.

Fachowiec, czy to z Ukrainy czy z Polski – zarabia bardzo podobnie. Wszak, zainteresowanie takim pracownikiem na rynku jest identyczne. Co więcej, można dojść do wniosku – że wzrost pracowników z Ukrainy to szansa na lepsze posady dla osób znających język. Oznacza to zatem, że Polacy – w swoim kraju nie muszą pracować fizycznie.

Podobną sytuację zaobserwować można w krajach zachodnich. W Niemczech, Francji czy Angli – najmniej wymagające zawody (pracownicy fizyczni, sprzątaczki, magazynierzy, kasjerzy) zazwyczaj są imigrantami. Niechęć do takich osób jest nieuzasadniona – przynajmniej z punktu widzenia pracodawcy.

Pozwólmy, by rynek był wolny.
Brak ingerencji w rynek to mnóstwo korzyści. Im mniejsza płaca dla pracownika, tym tańsza usługa. Nie ma zatem nic złego w tym, by pracownicy z Ukrainy otrzymywali najniższą krajową. Nie należy ich bowiem traktować jako konkurencję, a tanią siłę roboczą.

Tania siła robocza – potrzebna od zaraz?
W Internecie, w gazetach typu anonse – aż roi się od ogłoszeń pracy. Główne zapotrzebowanie to pracownicy fizyczni i kierowcy. Niestety, nie mogą oni liczyć na zbyt duże wynagrodzenie. Z tego też względu, my – jako gospodarze w naszym kraju, powinniśmy ochoczo korzystać z pracowników pochodzenia ukraińskiego.

Wszak, jeśli im odpowiadają takie stawki – dlaczego mamy im zabraniać tańszej pracy?

Wzrost płacy minimalnej – większe bezrobocie
Wiele osób błędnie zakłada, że wzrost płacy minimalnej to same plusy. To złudne! Nie możemy bowiem interpretować tego jako wyciągnięcia kolejnych pieniędzy z portfela pracodawcy.

Doskonale zobrazuje to następujący przykład:

Pracodawca zatrudnia trzech pracowników. Każdy z nich otrzymuje płacę brutto w wysokości 2500 złotych. Całkowity koszt utrzymania pracowników to: 9045,75 (zgodnie z systemem podatkowym w 2018 roku).

Przedsiębiorca, który zostanie zmuszony do podniesienia płacy minimalnej do wysokości 3500 złotych brutto, będzie musiał zapłacić: 12664,05. Jego koszty wzrosną zatem o 3618,30 złotych. To wszystko będzie skutkowało albo ograniczeniem liczby pracowników (zbyt duże koszty utrzymania pracownika) albo zwiększeniem ceny za konkretną usługę/produkt. I choć wydaje się to być abstrakcyjne, to… za każdym razem, gdy ingeruje się w rynek, to – ceny produktów szybują mocno w rynek.

W momencie, kiedy rynek jest wolny, a liczba regulacji jest minimalna – to pracodawca płaci tyle, ile zarobi pracownik. Nie należy jednak wiązać tego z wyzyskiem, gdyż – w momencie zmniejszenia ucisku podatkowego – zyski zarówno pracownika, jak i pracodawcy idą do góry.

Owszem, może to spowodować obniżenie płac w najmniej wymagających zawodach, ale… przecież tania siła robocza napływa z biedniejszych krajów. Nie ma w tym nic nieetycznego – powinniśmy z niej korzystać, tak jak to robią inne kraje.